Powrót

Relacje z koncertu Coldplay w Warszawie

Poprosiliśmy Was o podesłanie Waszych relacji/recenzji koncertu Coldplay w Warszawie 18.06.2017 i otrzymaliśmy ich kilka. Poniżej naszym zdaniem najlepsza z blogu „Podróże Muzyczne”, a pod wpisem znajdziecie równie ciekawe relacje. Zapraszamy (zachowano oryginalną pisownię).

 

 

Pięć długich lat. Tyle fani grupy Coldplay (do których można śmiało mnie zaliczyć) musieli czekać na ich powrót do naszego kraju. Koncert z roku 2012 zapisał się na stałe w mej pamięci. Ba, to chyba nawet za mało powiedziane. To nadal jest ścisła czołówka, a może nawet najlepszy koncert w jakim uczestniczyłem. A już na pewno najlepszy pod względem dostarczonej ilości pozytywnej energii, która rozpierała mną jeszcze przez kilka kolejnych dni. Poprzeczka moich oczekiwań względem kolejnego koncertu została wysoko zawieszona. Polecam zresztą w tym miejscu moją relację z tamtego wydarzenia, dzięki czemu będziecie mieli pełniejszy obraz moich późniejszych przemyśleń. Zapraszam w to miejsce! Dlaczego to tak istotne? Bo w moich osobistych odczuciach tegoroczne show nie przebiło tego z roku 2012. Złożyło się na to parę czynników, które później wyszczególnię. Nie oznacza to, że jestem zawiedziony! Wręcz przeciwnie! Zdecydowanie przychylam się do licznych bardzo pozytywnych komentarzy i relacji, które zalały internet po tym koncercie. Nie da się ukryć, iż obiektywnie było to show jeszcze bardziej spektakularne i kolorowe od tego, które doświadczyliśmy poprzednio na Stadionie Narodowym! Niemożliwe? A jednak! Chris  i spółka w nadal tak świetnej formie, a może nawet lepszej? Ilość dostarczanych endorfin podczas koncertu przekraczała dzienną normę! Było pięknie. Zacznijmy jednak kolejną wspaniałą koncertową opowieść od samego początku. A za górami, za lasami zawsze czai się…
Kolejka. Niebywale uciążliwa, gdyż na niebie słońce w pełnej okazałości i wysoka temperatura. Nie byłem wariatem i pod Stadionem zjawiłem się dobrych kilka minut po 15-tej. Już wtedy kolejki robiły wrażenie. No cóż, trzeba było cierpliwie czekać na otwarcie bramek. Podkreślę jeszcze fajny pomysł na opaskowanie tłumów już w trakcie oczekiwania. Usprawniło to wejście na stadion. Kwestie bezpieczeństwa? Wyczuwalne było zamieszanie z zakazem wnoszenia większych toreb i plecaków, ale to pewnie kwestia przyzwyczajenia się do tego nowego standardu. Sporadycznie jednak osoby z większym bagażem były wpuszczane na Stadion, sam tego uświadczyłem stojąc przed bodaj Hiszpanką z założonym plecakiem. Sprawdzanie na bramkach? Tylko wykrywaczem metalu. Zastrzeżeń większych nie mam do organizacji. Po odebraniu słynnej opaski Xyloband (plus do tego jeszcze darmowa przypinka!) i po krótkim przyspieszonym spacerku (wstrzymałem się jednak od biegu xD) znalazłem się na płycie. Tu na szczęście był cień, choć ciągle upał dawał się we znaki. Na szczęście każdy mógł wnieść ze sobą półlitrową wodę z odkręconym korkiem, co na pewno w wielu przypadkach ratowało kogoś przed omdleniem. Ja byłem twardy i kolejne godziny spędziłem bez łyku wody. Na początku trzeba było wybrać miejscówkę. Nie była to łatwa decyzja. Spokojnie mógłbym podejść gdzieś bliżej sceny (nie było podziału płyty żadnymi barierkami!), mógłbym nawet dostać się pod samą barierkę sceny C ulokowanej na tyłach płyty, a koniec końców wybrałem sprawdzoną lokalizację, czyli stanąłem pod niemal samym wybiegiem. Ten jednakże został bardzo wydłużony względem roku 2012 i sięgał do połowy całej płyty. Znalazłem się więc w samym epicentrum tego niesamowitego show.

Słówko o supportach? Lyves wypadła całkiem przyjemnie, ale jej klimatyczny R&B zupełnie nie pasuje do tak dużych aren. Publiczność żywiej reagowała podczas występu Tove Lo, choć nie możemy tu mówić o jakimś szaleństwie. Szwedka wypadła po prostu dobrze. I nie pokazała piersi z czego ostatnio słynie. Uczyniła to dzień później w klubie Stodoła. Ale, co tam piersi, skoro każdy niecierpliwie i tak czekał na Coldplay – to było wyczuwalne w powietrzu. Atmosfera z każdą chwilą gęstniała. Na 10 minut przed startem na trybunach pojawiła się meksykańska fala, co z perspektywy płyty wyglądało pięknie.

W końcu nadchodzi ten oczekiwany moment. Na telebimie dokładne odliczanie wraz z pozdrowieniami od fanów Coldplay z całego świata. Pod koniec pojawiły się się dziewczyny z Polski! 5…4…3…2…1…  Punktualnie jak w atomowym zegarku rozpoczyna się show! Pierwsze dźwięki „A Head Full Of Dreams” i od razu przez cały stadion przelewa się wyczuwalny przypływ niesamowitej energii! Chris od razu melduje się na wybiegu, a za jego plecami strzelają fajerwerki. Początek wręcz pompatyczny. Utwór zresztą świetny na otwarcie, w końcówce pozwalający na chóralny śpiew publiczności. I już od tego momentu było wiadomo, iż pod tym względem publiczność nie zawiedzie (akustyka stadionu zresztą potęgowała nasze wysiłki). Wszyscy skaczą, cieszą się, śpiewają ile tylko sił w gardle. Fani Coldplay są niesamowici. A to przecież dopiero początek! Cały zespół od razu przechodzi do odegrania pierwszego wielkiego hitu – „Yellow”! Na stadionie zaczyna dominować żółty kolor. Ja całkowicie oddaje się zabawie i wyśpiewuję cały tekst! Boże, jak warto było na to czekać pięć lat! Dalej tempo zostaje jeszcze bardziej podkręcone poprzez „Every Teardop Is A Waterfall”. W trakcie ponownie zostajemy uraczeni pirotechnicznymi bajerami, a płytę stadionu zalewa bogate konfetti. Totalne szaleństwo. Czas jednak na pierwszy przystanek pod nazwą „wzruszenie”. Uwielbiane przeze mnie „The Scientist”! Och, jakże zrobiło się pięknie! Przede mną bawiła się nieco starsza para. Pani w objęciach swego męża płakała z tych emocji. Mi udzieliła się ta sytuacja i naprawdę poczułem w sobie szczere wzruszenie. Niestety, płakać z tego powodu nie potrafię, ale już, już prawie czułem te napływające łzy. I ten końcowy fragment, tak rewelacyjnie odśpiewany przez fanów. Nie do opisania. Następnie na telebimie ukazują się ptaki. To oznacza jedno. Czas na kolejny utwór z ostatniej płyty – „Birds”. Nie do końca jestem przekonany, czy ten utwór na żywo dał radę. Jest przyjemny, ma tempo, ale miałem wrażenie, że wiele nie wnosił do całego show. Zdecydowanie w tym miejscu wolałbym „God Put A Smile Upon Your Face”, którego ostatecznie zabrakło w setliście. Szkoda, tym bardziej, że na poprzednich koncertach zazwyczaj się pojawiał. Niemniej atmosfera ponownie została podgrzana za sprawą chwytliwego „Paradise”. W samej końcówce wykorzystano remix tego utworu stworzony przez Tiesto. Co to oznaczało? Ano pod sceną i na scenie szaleństwom nie było końca. Przez ten moment poczułem się jak na niedawnym koncercie Martina Garrixa. Można polemizować nad tym, czy taki wybryk na koncercie Coldplay jest potrzebny. Wszyscy jednak przyjęli to rozwiązanie z zachwytem, więc… Niech każdy sam to oceni. Gdzieś już w trakcie tych dwóch ostatnich numerów na B-Stage (koniec wybiegu) techniczni przygotowywali instrumenty na przyjście chłopaków. Z mojej perspektywy wyglądało to średnio. Okej, zapewniało to płynność, ale przez moment w centrum widziałem sylwetki technicznych. a potem instrumenty i statywy. Wynagrodzone jednak to zostało niemalże w całości kapitalnym występem na tej scenie.



Muszę przyznać, że był on znacznie lepszy niż podobny fragment na poprzednim koncercie, ale również nie bez małej „skazy”. Najpierw jednak było w pełni magicznie, a to za sprawą dwóch utworów z „Ghost Stories”. „Always In My Head” oraz „Magic”wprowadziły nas w zupełnie inny klimat. Chwila melancholii, nostalgii, refleksji. I gdy było już tak pięknie, wszystko zostało zburzone przez „Princess Of China”. Rozumiem, że ten utwór na żywo sprawdza się świetnie, publiczność chętnie tu przyśpiewuje, ale jednak wolałbym w tym miejscu zupełnie inny kawałek. Może coś ze starszych płyt? Kolejny utwór to na szczęście powrót do tego pięknego, poprzedniego klimatu. Chris zostaje sam na scenie. Siada za pianinem. Następuje sympatyczne przywitanie z całą publicznością i prośba, by przy kolejnym utworze wysyłać ciepłą energię do krajów i społeczeństw, które aktualnie przeżywają dramatyczne wydarzenia. Publiczność jego przemowę przyjmuje z entuzjazmem. Singlową wersję „Everglow” zapisuję jako jeden z najmocniejszych i najpiękniejszych momentów tego koncertu. I przy okazji Chris udowodnił, że nadal potrafi pisać utwory z duszą. Pod sam koniec na telebimie ukazał się jeszcze Muhammad Ali z piękną przemową, podkreślającą wyjątkowość tej chwili i zmuszającą do życiowej refleksji.

Czas jednak ponownie rozgrzać publiczność, a kolejny fragment koncertu był w tym względzie wprost perfekcyjny. Kolejny znany wszystkim utwór – „Clocks” okraszony jak zwykle świetną grą świateł i laserów. Te ostatnie jednak największe wrażenie robiły podczas outra w postaci fragmentu „Midnight”. Po chwilowym zachwycie, w górę wędrują wszystkie ręce! „Charlie Brown”! Ależ ten utwór na żywo daje energetycznego kopa! „Jump, jump, jump!” Chris dodaje tylko ognia do oliwy! Xylobandy widoczne już w całej okazałości i te kolorowe opaski nadal robią kolosalne wrażenie. Cudownie! Następnie „Hymn For The Weekend”. Utwór, który chyba wybrzmiał najpotężniej. Kolejna dawka pozytywnych emocji. Kawałek świetnie wzbogacony wizualizacjami na telebimach (właściwie przez cały koncert były one bezbłędne), słupami ognia, a w kluczowym momencie wzdłuż wybiegu wystrzeliło kolorowe konfetti. Chris zakręcił tak szalony młynek, iż przez chwilę zaczął się chwiać na scenie. Nawet jeśli było troszkę w tym gry aktorskiej, to jego taneczne popisy robiły wrażenie. Niejeden młody człowiek mógłby mu pozazdrościć formy. Czas na kolejny przystanek, który emocjonalnie rozkładał na łopatki – „Fix You”! Brakuje słów. A co dopiero powiedzieć o „Viva La Vida”! Oszalałem ze szczęścia. Ten stadionowy hymn zawsze sprawia mi ogromną radość. Nie dane nam było jednak długo pośpiewać tego charakterystycznego motywu, gdyż chłopaki błyskawicznie przeszli do odegrania „Adventure Of A Lifetime”. Zrobiło się niebywale tanecznie i funkowo. Wszyscy, włącznie z Chrisem, poddali się małpim tańcom! Na płycie pojawiły się ogromne, kolorowe balony, wzbudzające kolejne zachwyty. Nie zabrakło również imponującego wspólnego wyskoku publiczności w kluczowym momencie. Na zespół czekała też niespodzianka ze strony naszych fanów. Najwierniejsi fani założyli na ten utwór małpie maski, które zostały przez Coldplay zauważone. Może nie była to spektakularna akcja, ale bardzo fajna. Chris zresztą na trzeciej scenie, tej zbudowanej na tyłach płyty, przez moment założył jedną rzuconą mu maskę. Miło. I brawa dla prężnego polskiego fanklubu!



Jak już rzekłem, przechodzimy do kolejnej części tego koncertu. Tym razem w pełni akustycznej. Niestety, tu od razu muszę przyznać, iż byłem zawiedziony. Nie chodzi tu o wytworzoną atmosferę, ale o dobór piosenek. „In My Place” w wersji akustycznej brzmi przyjemnie, ale ja jednak widziałbym w tym miejscu inny utwór. „Don’t Panic” ze wspierającym wokalnie Chrisa Championem zdecydowanie zasługuje na ogromny plus. Dlaczego tylko tak krótki fragment?! A to tak przepiękny utwór! I w końcu czas na stały punkt tej trasy, czyli Song Request. Wybór padł na dziewczynę pragnącą usłyszeć „Us Against The World”. To piękny utwór i rozumiem jakimi motywami kierują się chłopaki przy jego wyborze, ale… W tej wersji usłyszeliśmy go 5 lat temu i był wtedy zdecydowanie cieplej przyjęty. A przecież tyle pięknych piosenek było ze starszych płyt! Sam przeglądałem zresztą nagrania fanów wysyłane do zespołu i ten ostateczny wybór mnie nie usatysfakcjonował. Patrząc na wcześniejsze setlisty, to mam wrażenie, że ten fragment nie do końca jest traktowany fair. Mam wrażenie, że wybór piosenek, które będą grać na tej scenie i tak odgórnie sobie ograniczyli. Może to niesłuszne stwierdzenie (wszak, pozwalają sobie czasami na improwizacje), ale tkwi we mnie takie uczucie małego rozgoryczenia. Podejrzewam jednak, iż pewnie w tej kwestii  jestem rodzynkiem w morzu zachwytów.


Czas na finał! Czas na ostatnie tańce! Wybrzmiewa jeden z ostatnich singli – „Something Just Like This”. Tak jak się spodziewałem – na żywo wypada całkiem zacnie. Skutecznie zmusza do radosnej zabawy, choć ja jednak nadal będę negatywnie nastawiony do tego efektu współpracy z The Chainsmokers.  Klimat beztroskiej zabawy został podkręcony do granic możliwości przy „A Sky Full Of Stars”. Chyba każdy chciał podczas tego utworu sięgnąć gwiazd. Kolejny energetyczny killer tego dnia spotęgowany laserami i kolejnym wystrzałem konfetti. Nieuchronnie zbliżamy się do ostatniego utworu. Na tej trasie to oczywiście przepiękny „Up&Up”. W mojej ocenie – kapitalny wybór! Ta piosenka była apogeum wszystkich emocji. Wzruszenie, radość i takie poczucie ulgi, iż po raz kolejny udało się zobaczyć tych przesympatycznych chłopaków na żywo. Ależ ten utwór pięknie mną kołysał. Na telebimie abstrakcyjne obrazy z teledysku, nie zabrakło pirotechnicznych bajerów i wystrzelonych na koniec, kolorowych serpentyn. Cudowne zakończenie!

Chris, Guy, Jonny i Will żegnają się z publicznością. W tle nasza piękna flaga, która tradycyjnie została przez Chrisa pocałowana. Na koniec jeszcze zostają puszczone… napisy końcowe niczym na filmie. To piękne wyróżnienie całego sztabu osób pracujących nad produkcją tego show, a także podkreślenie faktu, iż nie uczestniczyliśmy w zwykłym koncercie. To był bardzo przemyślany, spójny, dwugodzinny spektakl, który miał zachwycać swoim ogromem. I zachwycił. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Szczególnie pod nieopisanym wrażeniem musiały znaleźć się osoby, które widziały Coldplay po raz pierwszy. Ja już nieco wiedziałem czego się spodziewać, stąd nie byłem po koncercie w takiej ekstazie, która towarzyszyła mi te 5 lat temu. Tamten koncert nadal zapisuję w rankingu nieco wyżej. Setlistę wspominam cieplej, koncert wtedy rozpoczynał się w ciemnościach (wrzesień) co od samego początku wzmacniało doznawanie wrażenia, zająłem też jednak lepszą pozycję przed wybiegiem i deszczowa pogoda jakby jeszcze bardziej łączyła ludzi. Tego pierwszego spotkania z Coldplay nie sposób zapomnieć. Po tych obu koncertach Coldplay na Stadionie Narodowym mogę jednak jeszcze powiedzieć, iż nie było to też oblicze zespołu, które najbardziej chciałbym zobaczyć. Cały czas wierzę, że kiedyś powrócą z trasą skupiającą się głównie na starszych płytach. Może to złudne marzenie, biorąc pod uwagę ich obecny kierunek kariery, ale nadzieja umiera ostatnia.


Nawet jeśli nieco w tej relacji narzekałem, to te odczucia wzięły się z chłodnej analizy dokonanej kilka godzin po koncercie. Podczas samego występu znalazłem się w zupełnie innym świecie. Dałem się porwać temu show. To był niezapomniany, kolorowy sen! Chciałbym, by takie sny nawiedzały mnie codziennie!

http://podrozemuzyczne.blogspot.com

 

Oto inne relacje nadesłane przez Was (KLIKNIJ):

Notes from North West

Izabela Ogurek

Weronika Michalska

Przemysław Łata

Agnieszka Boczek

Strona wykorzystuje pliki cookies.

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się więcej jak je wyłączyć.

ok, nie pokazuj tego więcej